Za nami kolejny semestr, a studenci z wielu polskich uczelni relacjonują, że zapisy na kursy językowe to praktycznie tor przeszkód. Zbyt dużo chętnych, za mało miejsc i skomplikowane procedury to tylko wierzchołek góry lodowej.
- Liczba miejsc nie nadąża za zapotrzebowaniem: Studenci mówią, że kursy językowe, szczególnie popularne (np. angielski, niemiecki), zamykają się błyskawicznie po otwarciu zapisów. Efekt? Wielu zostaje na liście rezerwowej lub nie dostaje się wcale.
- System zapisów jest nieprzejrzysty: Problemy z USOS, deadlinesy, które pojawiają się niemal z dnia na dzień, i wymóg wykonania testów poziomujących na długo przed zapisami — studenci muszą się często spieszyć i być perfekcyjnie zorganizowani, żeby mieć szansę na kurs.
- Stres i niepewność: W obawie przed utratą możliwości rozwoju językowego studenci rezygnują z innych aktywności, budują zapas planów B i rezerwują czas na zapis już na długo przed ogłoszeniem terminów.
- Skutki finansowe i czasowe: Ci, którzy nie zdążą się zapisać, muszą często uczęszczać na kursy komercyjne — droższe, mniej korzystne pod względem ECTS, czasowo bardziej obciążające.
Eksperci apelują: uczelnie powinny zwiększyć liczbę grup lektoratowych, lepiej wykorzystać e-lektoraty, ale też uprościć cały proces zapisu — jasne komunikaty, stałe harmonogramy, większa transparentność, tak by studenci wiedzieli, czego się spodziewać.
